Kanarek, który uciekł z garści. Recenzja książki „Gałczyński. Kanarek w klatce” Mariusza Urbanka

Ten tekst zajmie Ci 8 min.

Mariusz Urbanek, ekspert od śledzenia losów rodzimych pisarzy, bierze pod lupę jednego z naczelnych kuglarzy polskiej poezji XX wieku. Wydawać by się mogło, że z jego doświadczeniem napisanie znakomitej biografii to sprawa wręcz rutynowa. Jak jednak dowodzi Gałczyński. Kanarek w klatce, rutyna bywa zgubna nawet dla najlepszych.

W wierszu Niektórzy lubią poezję Wisława Szymborska wylicza, ilu w naszym kraju jest miłośników liryki. Dokonując szacunków, w których nie uwzględnia ona „szkół, gdzie się musi”, a także  „samych poetów”, krakowska noblistka dochodzi do wniosku, iż „będzie tych osób chyba dwie na tysiąc”. Fenomen Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego polega na tym, iż jego utwory, mimo obojętności rodaków na mowę wiązaną, przedarły się do zbiorowej świadomości i żyją w niej do dziś. A przecież mowa tu o artyście kojarzonym z poezją lekką, zabawną i nonsensowną, stojącą w opozycji do narodowych Wieszczów – twórców Konradów i Wallenrodów. Geniusz, szaleniec, szarlatan języka? Już same te pytania dowodzą, że Gałczyński to paradoks – zagadka do rozwiązania.

Literatura dla Ciebie
Jedna wiadomość miesięcznie. Zero spamu. Recenzje, eseje, analizy. Klasyka i nowości. Bez uproszczeń, za to z szacunkiem dla czasu Czytelnika.

Nic więc dziwnego, że Kot, jak nazywali pisarza znajomi, doczekał się w ostatnich dekadach kilku biografii. Najnowszą próbę uchwycenia fenomenu Gałczyńskiego podjął specjalista od losów ludzi polskiej kultury, Mariusz Urbanek. Jego książki poświęcone Leopoldowi Tyrmandowi, Julianowi Tuwimowi czy Władysławowi Broniewskiemu to co najmniej bardzo dobre opracowania, zdejmujące pisarzy z piedestału ikon, na którym umieściło ich szkolne kształcenie, a zarazem dociekliwe studia o bogatej warstwie psychologicznej. Można było zatem żywić nadzieję, że książka Gałczyński. Kanarek w klatce będzie stanowiła nie mniej wnikliwą biografię, która odsłoni życie i charakter poety.

Życie kontra twórczość

Na pozór Urbanek powiela rozwiązania dobrze znane i skutecznie stosowane w poprzednich pracach. Struktura książki to klasyczna podróż od narodzin, przez wychowanie, lata młodzieńcze, pobyt w Berlinie, Wilnie i Warszawie, po wojenną tułaczkę i ostatni okres życia w ojczyźnie. Na poziomie warsztatowym Gałczyński. Kanarek w klatce to wzorcowe wręcz opracowanie, cytujące trudno dostępne źródła, a także przywołujące dziesiątki tekstów płynnie łączących się w mozaikową narrację. Nie sposób się temu dziwić: tekst zdradza ogromne doświadczenie Urbanka, które po raz kolejny zaowocowało książką napisaną lege artis. Niewiele jest też błędów faktograficznych, choć być może znawcy twórczości Gałczyńskiego byliby w stanie wyłowić drobne nieścisłości.1 Gdyby zatem poprzestać na analizie spisu treści, bibliografii i wybranych rozdziałów, Gałczyński. Kanarek w klatce zasługiwałaby na najwyższe laury.

A jednak czytana w całości i z namysłem książka ujawnia wady, których ciężar każe zakwestionować sensowność całego przedsięwzięcia. Wyjdźmy od pozornie banalnego pytania: w jakim celu pisze się biografię? W myśl najprostszej odpowiedzi, chodzi o przedstawienie biegu czyjegoś życia. Nie w tym jednak rzecz, by po prostu wymienić kolejne fakty, funkcję tę z powodzeniem spełnia bowiem biogram lub kalendarium. Cel biografii jest bardziej dalekosiężny: ma ona dawać poczucie zrozumienia człowieka, to znaczy odkrywać jego prawdziwą – często złożoną i nie zawsze chwalebną – naturę. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, iż naprawdę dobra biografia pozwala pojąć jej bohatera lepiej, niż on rozumiał sam siebie. Nie bez przykrości stwierdzam, iż po skończeniu książki Gałczyński. Kanarek w klatce nie mam poczucia zrozumienia Gałczyńskiego: jego życia, wyborów, formacji intelektualnej czy sposobu widzenia świata. Stąd uważam, iż mimo wszystko praca Urbanka zawodzi ona pokładane w niej oczekiwania. Wynika to, jak mi się zdaje, z trzech naczelnych przyczyn: struktury narracyjnej, doboru źródeł, a także powściągliwości w dokonywaniu ocen.

Konstanty Ildefons Gałczyński. Fot. zbiory Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.

Gałczyński. Kanarek w klatce proponuje stosunkowo standardowy sposób snucia opowieści skonstruowanej z dwóch równolegle prowadzonych wątków: psychologicznego, na który składają się głównie wspomnienia o Gałczyńskim przytaczane za tymi, którzy go znali, a także literaturoznawczego, obejmującego cytaty i analizy twórczości poety. I choć w odniesieniu do ludzi pióra taka struktura na ogół sprawdza się znakomicie, Gałczyński to casus literata, który – jakżeby inaczej – wyłamuje się z tego schematu. W jego przypadku wymienione wyżej porządki nie tylko nie biegną równolegle, ale rozpatrywane razem zaciemniają wręcz obraz tego, kim był poeta. Mowa wszak o autorze pięknych liryków dla żony pisanych na zmianę z erotykami dedykowanymi kolejnym kochankom i poranionym wojną satyryku, który tworzył figlarne wierszyki w najgęstszym mroku stalinowskiej nocy. W istocie członek przedwojennej Kwadrygi dzieli tę samą przypadłość co jego kolega z konkurencyjnego Skamandra, Julian Tuwim: pod powierzchownością sowizdrzała skrywa wizerunek nie tylko cokolwiek melancholijny, ale także fundamentalnie pęknięty. Urbanek zdaje się nie brać pod uwagę, że dysonans ten uzasadnia wyraźne odróżnienie biegu życia i twórczość, a przynajmniej wzięcie jednego z tych porządków w wyraźny nawias. Bez tego Gałczyński pozostaje figurą pełną nierozwiązanych paradoksów i sprzeczności, których jego biografia nie potrafi rozwiać. Mówiąc inaczej, teksty, które w opracowaniach poświęconych innym osobom stanowiłyby doskonałe zobrazowanie losów i doświadczeń twórcy, w przypadku Gałczyńskiego radykalnie się z nimi rozjeżdżają. Stąd decyzja, by omawiać te porządki jako równoległe, a przede wszystkim komplementarne, wydaje się nietrafiona.

Biografia czy hagiografia?

W istocie wzmiankowane aporie często nie są nawet zasygnalizowane, co wynika z doboru cytowanych źródeł, zwłaszcza wspomnień tych, którzy Gałczyńskiego znali osobiście. Niestety, wykorzystanie tych wypowiedzi więcej zaciemnia, niż odsłania. Szczególnie nieprzydatne są cytaty z kolegów po piórze, z których każdy się Gałczyńskim zachwyca, traktując niemalże jak boga, rzadko kiedy dostarcza jednak nikłego choćby uzasadnienia wyrażonej opinii. W rezultacie dobrane cytaty układają się w spójny, ale cokolwiek mało wiarygodny panegiryk, który jeszcze bardziej rozmywa osobowość pisarza, pełną wad charakteru, wewnętrznych demonów i zwątpienia we własne siły. Wprawdzie pod koniec życia (a zarazem książki), kiedy wyskoki pijanego Gałczyńskiego stawały się obiektem powszechnie znanych plotek, Urbanek pisze o uzależnieniu literata, nadal jednak nie cytuje negatywnych wrażeń, jakie poeta wzbudzał w niektórych ludziach. A przecież osądy takie nietrudno znaleźć. Oto na przykład wrażenie Marii Dąbrowskiej, odnotowane w jej dzienniku po tym, jak w roku 1949 spotkała Gałczyńskiego po raz pierwszy: „Bardzo mi się ten człowiek nie spodobał, zrobił niemal odrażające wrażenie. I nie przypuszczałam, że to już taki starzec. Mocno siwiejąca nieporządna czupryna rozwichrzona à la Mickiewicz, a pod tym gęba zmięta jak stary kapciuch po zżutej prymce” (wpis z 20 lutego 1949). Ile krwi i charakteru nadałyby książce takie fragmenty, których jest u Dąbrowskiej, a zapewne u wielu diarystów znacznie więcej, gdyby – wzorem na przykład biografii Tyrmanda – autor umieścił je obok afektowanych zachwytów…

Co ciekawe, Urbankowi zabrakło nie tylko odwagi – bo na pewno nie wiedzy – w kreowaniu wielowymiarowego portretu Gałczyńskiego, ale także detektywistycznej dociekliwości, cechującej jego poprzednie książki. Tym razem autor biografii odgrywa raczej rolę kronikarza, który wprawdzie skrupulatnie odnotowuje kolejne wydarzenia, ale rzadko próbuje nadać im głębszy sens czy obudować przekonującą psychologią. Weźmy następujący cytat opisujący życie poety w latach 20. XX wieku: „[…] Gałczyński znalazł kolejną posadę, tym razem jako cenzor w Komisariacie Rządu. Na nowym stanowisku miał patrzeć na ręce i pióra kolegom, co w żadnym ustroju i niezależnie od koleżeńskich relacji nie budzi sympatii” (s. 108). Urbanek odnotowuje ten fakt, ale praktycznie go nie rozwija. A przecież epizod ten ma doniosłe znaczenie i pobudza do mnóstwa pytań! Gałczyński – cenzorem?! Motywy podjęcia tej pracy, jej przebieg, odbiór w środowisku, wpływ na późniejsze potyczki z cenzorami, tym razem stojącymi na straży socjalizmu – to wszystko mówi o poecie i jego życiu wewnętrznym nieporównanie więcej niż kolejne pieprzne opowieści o preferujących kobiety dyrektorkach i zachwycających się rozmiarem piersi kierownikach (oba przykłady pojawiają się na s. 108–109). Inny przykład: w trakcie pobytu w Berlinie Gałczyński „zapisał się na wydział prawa Uniwersytetu Fryderyka Wilhelma w Berlinie (dziś Uniwersytet Humboldtów), ale wyraźnie nie miał czasu na naukę, bo po roku został skreślony z listy studentów” (s. 117). To kolejna wymowna informacja, której Urbanek nie opatruje żadnym komentarzem. Szkoda, bowiem Gałczyński podjął przecież niemały trud, by odebrać dokumenty z Uniwersytetu Warszawskiego, był więc zdeterminowany, aby uzupełnić wykształcenie w Niemczech. Skąd ta decyzja o studiowaniu, na dodatek prawa – kierunku zupełnie obcego jego nieokiełznanej, niepoddającej się żadnym normom twórczej wyobraźni? Urbanek nie zgłębia tego arcyciekawego tematu. Jeszcze inny przykład to pobyt Gałczyńskiego w szpitalu psychiatrycznym. Uwagi na ten temat są bardzo niejasne – nie wiadomo nawet, czy chodziło o depresję, załamanie psychiczne czy próbę leczenia uzależnienia (s. 485–487). Czytelnik nie dowie się też, kto wysunął pomysł, by poeta trafił do Tworek, co nie jest nieważne, jeżeli przypomnieć sobie kontrowersje wokół podobnego przypadku Broniewskiego. Takie pytania można mnożyć praktycznie z każdą kolejną stroną. Urbanek ich nie zadaje, a możliwe, że nawet nie zauważa, co śledczemu, jakim po trosze jest każdy biograf, nie wystawia najlepszego świadectwa.

Bez wyroków

Ostatnia wreszcie uwaga dotyczy kwestii delikatnej, ale ważnej. Każdy biograf, który poświęcił bohaterowi swej pracy miesiące, jeżeli nie lata życia, ma prawo do dokonywania ocen. Oczywiście nie powinien się on wcielać w rolę moralnego inkwizytora, jak zwykła to czynić na przykład Joanna Siedlecka, jednakże wskazywanie na wady charakteru, zwłaszcza jeżeli idzie za nimi chęć lepszego zrozumienia, a nie potępienia, to w pełni zasadne prawo każdego pisarza. Tymczasem Urbanek jak ognia unika jakichkolwiek ocen. Wada ta uwidacznia się zwłaszcza w przypadku małżeństwa z Natalią Gałczyńską. Egzaltowane brednie zdradzanej na prawo i lewo żony, opisującej związek z poetą niczym dzieje Romea i Julii, autor książki kwituje wyjątkowo łagodnie: „te zdania nie brzmią już jak opis rzeczywistości, raczej jak wizja” (s. 91).2 A przecież te ustępy aż się proszą, by doszukać się w nich projekcji, za którą stoi albo tajona nienawiść, albo nieuświadomiony syndrom ratownika. Ba! Całe życie miłosne Gałczyńskiego domaga się ocen – nie tyle nawet moralnych, ile właśnie psychologicznych. W jednym z listów do poślubionej w Niemczech Lucyny Wolanowskiej, która zaszła w ciążę tuż po ceremonii (albo tuż przed nią), poeta pisze: „Niech Ci wszystkie moje najczystsze myśli pomagają w urodzeniu Bajbuska. Będę przy Tobie przed jego urodzeniem. Módl się za mnie, a ja modlę się za Ciebie” (cyt. na s. 255). Napięcie pomiędzy faktem bigamii, porzuceniem żony w ciąży (Gałczyński wiedział już wtedy, że zostawi Wolanowską) a obłudną religijnością mogłoby posłużyć za kanwę dla wiele mówiącego komentarza. Czy Gałczyńskiego zaćmiło pijaństwo? Czy złamał go stalag? A może wręcz przeciwnie: od zawsze był hipokrytą i obłudnikiem? Nie byłby to przecież pierwszy człowiek, który niezrównany geniusz poetycki łączy z godnym nagany charakterem… Nawet jeżeli nie powinniśmy oczekiwać od Urbanka odpowiedzi na te pytania, to z pewnością możemy oczekiwać ich zadania.

Konstanty Ildefons Gałczyński z żoną Natalią, ok. 1948 r. Fot. Benedykt Jerzy Dorys / Archiwum Polona.

Wskazać można tylko dwa fragmenty, w których autor decyduje się na oceny. Jednym z nich jest passus dotyczący współpracy Gałczyńskiego z pismem „Prosto z Mostu”, która zaowocowała kilkoma jednoznacznie antysemickimi tekstami. Nawet jednak w tym kontekście Urbanek nie traktuje zbyt poważnie tego wyskoku poety, który „zbyt wielu miał wśród przyjaciół Żydów, by podejrzewać go o chęć wysłania wszystkich na Madagaskar” (s. 153). Co najwyżej zarzucić mu można chciwość i próżność (s. 164 – oba te określenia pochodzą ode mnie), prowadzące do ideologicznej indyferencji, a de facto serwilizmu, eufemistycznie określanego przez Urbanka jako rozpaczliwe miotanie się „człowieka, który umiał opisywać rzeczywistość jak niewielu w jego czasach, ale nie potrafił dokonać wyboru i trwać przy nim” (s. 173).

Drugi fragment, w którym Urbanek waży się na dokonywać śmiałych ocen, przez co książka zyskuje wymiar nie tylko opisowy, ale też tak potrzebny wymiar normatywny, to wieńcząca tom fantastyczna rozmowa z Wojciechem Kassem, dyrektorem Muzeum Gałczyńskiego. W niej właśnie autor książki ukazuje twarz bezkompromisowego krytyka poety, nazywając go nawet „egoistą” (s. 547), a także punktując wiele braków jego charakteru. Tym większa szkoda, że Urbanek nie zdecydował się na podobny język w całej książce. Dzięki temu mógłby on zniwelować wyraźnie wyczuwalne napięcie pomiędzy zrekonstruowaną sylwetką uroczego i inteligentnego Kota z zachowaniami i strukturą moralną człowieka dość pośledniego charakteru.

Gałczyński. Kanarek w klatce zdecydowanie nie jest książką złą, jak mogłoby wynikać ze wszystkich powyższych uwag. Jednocześnie najtrafniej można określić jej treść jako poprawną. To zaś oznacza, że mimo metodologicznego rygoru i znakomitego pióra praca sprawia wrażenie niekompletnej. Jeżeli biografie czyta się, by zrozumieć czyjeś losy – sposób myślenia, decyzje, obrane ścieżki – to przyznaję, iż nie mam poczucia, bym po lekturze książki Urbanka rzeczywiście pojął Gałczyńskiego. Wiem wprawdzie, co myśleli o nim żona, koledzy-pisarze czy literaturoznawcy, nie wierzę jednak, by oparty na tych wypowiedziach portret sięgał poza powierzchowność czy myślenie czysto życzeniowe. Szkoda to tym większa, że jak sugerowałem we wstępie, Gałczyński to zagadka – kierowany wewnętrznym napięciem, konfliktem, pęknięciem, ukrytym za maską ironii i kostiumem błazna. „Nosił w sobie jakąś nieodkrytą tajemnicę”, mówił o nim Tadeusz Kwiatkowski (s. 338). „Kochałem tego […] poetę o wspaniałej wyobraźni i skomplikowanej duszy”, twierdził czeski tłumacz Gałczyńskiego, Jan Pilař (s. 400). „Jakby chciał ukryć prawdę za parawanem”, pisze o nim w pewnym momencie sam Urbanek (s. 387). Odsłonięcie prawdziwej natury poety wymagało większego zdecydowania, a może wręcz brutalności, z których autor biografii postanowił najwyraźniej zrezygnować. W ten sposób Konstanty Ildefons Gałczyński rzeczywiście okazał się tytułowym kanarkiem – takim, który mimo szczerych chęci wymknął się Urbankowi z garści.

W kilku słowach
Metodologicznie znakomita biografia, która jednak nie ożywia swojego bohatera. Kot pozostał zagadką.

Autor
Mariusz Urbanek
Tłumacz
–
Wydawnictwo
Iskry
Rok wydania
2026
Przypisy
  1. Jeden z dostrzeżonych przeze mnie błędów to twierdzenie, że Maria Dąbrowska przeniosła się po wojnie do Wrocławia (s. 361). W rzeczywistości pomieszkiwała ona jedynie u Anny Kowalskiej, która przeprowadziła się ze Lwowa do stolicy Dolnego Śląska. Swoją drogą, Urbanek nie ma szczęścia do Dąbrowskiej: uznanie jej tekstu o Stalinie – mistrzostwa w dwuznaczności i pięknie napisanych truizmach – za równoważny czołobitnym hołdom autorstwa Broniewskiego, Szymborskiej czy samego Gałczyńskiego (s. 423) znamionuje albo brak sympatii do autorki Nocy i dni, albo nieznajomość odnośnego artykułu.↩
  2. By nie być gołosłownym – oto jak Gałczyńska przedstawia patologiczną pod wieloma względami relację z mężem: „Nasz dwudziestotrzyletni związek był ciągłym romansem – namiętne burze, ślepa zazdrość, zachwyty, krótkie, nagłe kłótnie. A ile w tym wszystkim było uczucia, ile nieprawdopodobnej bliskości, kiedy zaciera się granica – czy to ty, czy to ja? I ta przyjaźń, wspólne przeżywanie najdrobniejszych i największych (dla nas) zdarzeń, porozumienie bez słów, cały świat zawarty w jakimś jednym geście” (s. 91).↩

1 komentarz do “Kanarek, który uciekł z garści. Recenzja książki „Gałczyński. Kanarek w klatce” Mariusza Urbanka”

Dodaj komentarz